neurosciencereview.eu

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Krótkie doniesienia interesujące lekarzy


Lekarz nie działa na swój rachunek, lecz na rachunek zatrudniającej go placówki medycznej

Wedle ogólnej zasady wyrządzenie pacjentowi szkody przez lekarza (lub personel medyczny) rodzi odpowiedzialność odszkodowawczą, jeżeli sprawcy można zarzucić winę (w wyjątkowych wypadkach wystarczy sama bezprawność, gdy pacjent poddawany jest przymusowi państwowemu, np. obowiązkowemu szczepieniu, kwarantannie). Pacjent poszkodowany wskutek uszkodzenia ciała lub wywołania rozstroju zdrowia może żądać zarówno odszkodowania za szkodę majątkową, jak i zadośćuczynienia za szkodę niemajątkową - krzywdę (ból, cierpienie i wszelkie ujemne przeżycia spowodowane zawinioną szkodą na osobie). Jeżeli następstwem szkody na osobie jest śmierć pacjenta, odpowiedzialny za szkodę może być zobowiązany do świadczeń, o których mowa w art. 446 kodeksu cywilnego, to jest zwrotu kosztów leczenia i pogrzebu zmarłego pacjenta, renty, stosowanego odszkodowania oraz zadośćuczynienia na rzecz wskazanych w tym przepisie osób, w szczególności członków najbliższej rodziny.
Zgodnie z zasadą odpowiedzialności za czyn niedozwolony, a takim jest uszkodzenie ciała i rozstrój zdrowia, lekarz odpowiada za szkodę wynikającą z zawinionego przez siebie postępowania (art. 415 kodeksu cywilnego). Najczystszym przykładem takiej sytuacji jest wyrządzenie szkody pacjentowi leczonemu przez lekarza prowadzącego prywatny gabinet lekarski.

Jako podwładny
Jednakże najczęściej mamy do czynienia z wykonywaniem świadczeń zdrowotnych przez lekarza zatrudnionego w zakładzie opieki zdrowotnej (dalej nazywanym także zakładem), a zatem działającego na cudzy (zakładu) rachunek. Wówczas za zawinioną szkodę wyrządzoną przez lekarza przy wykonywaniu powierzonej mu przez zakład czynności odpowiada, obok lekarza, także ten zakład (art. 430 k.c.).
Mamy tu do czynienia z opartą na zasadzie ryzyka odpowiedzialnością zakładu za podwładnego, czyli za osobę podlegającą przy wykonywaniu czynności kierownictwu zwierzchnika i mającą obowiązek stosowania się do jego wskazówek. Mimo swej niezależności w zakresie stawiania diagnozy i podejmowanej terapii zatrudniony przez zakład lekarz traktowany jest przez sądy i naukę prawa jako osoba podlegająca kierownictwu zakładu, choć jest to zwykle jedynie kierownictwo ogólnoorganizacyjne, a nie merytoryczne. Dzieje się tak ze względu na fakt, że lekarz działa nie na swój rachunek, lecz na rachunek zakładu, który odnosi z tego tytułu korzyści.
Odpowiedzialność lekarza (za swą winę) i zakładu (za winę tegoż lekarza) jest solidarna, co wynika z art. 441 § 1 kodeksu cywilnego i ma zastosowanie do wszelkich przypadków zatrudnienia lekarza na podstawie innej niż umowa o pracę (np. w ramach umowy o świadczenie usług zwanej potocznie kontraktem). Natomiast w razie zatrudnienia lekarza na podstawie umowy o pracę jego odpowiedzialność wobec pacjenta jest wyłączona i zobowiązany do naprawienia szkody jest tylko zakład (art. 120 § 1 kodeksu pracy), z wyjątkiem wypadku, gdy pracownik wyrządził szkodę umyślnie.
Użyty w art. 430 k.c. zwrot "przy wykonywaniu" powierzonej czynności nie oznacza, że zakład odpowie tylko w razie szkód wyrządzonych przez lekarza w trakcie czynności leczniczych, ale dotyczy także szkód wynikłych np. ze zniszczenia rzeczy stanowiących własność pacjenta lub zmuszenia pacjentki do czyny nierządnego. Wystarczy, by czyn niedozwolony został popełniony przez lekarza w okolicznościach powstałych w ścisłym związku ze świadczeniem zdrowotnym - związkiem takim jest sam pobyt pacjenta w szpitalu. Odmienne stanowisko prezentowane w literaturze i orzecznictwie nie jest przekonujące.
Odpowiedzialność za szkodę i krzywdę wyrządzoną z winy lekarza spoczywa na zatrudniającym go zakładzie nawet wtedy, gdy niemożliwe jest ustalenie, który z zatrudnionych w nim lekarzy wyrządził pacjentowi szkodę, np. gdy pacjentem opiekowało się po kolei kilku lekarzy albo w razie operacji wykonanej przez zespół chirurgów. Wtedy zakład opieki zdrowotnej odpowiada za tzw. winę anonimową, której nie można przypisać konkretnej osobie - dość, że okoliczności wskazują na zawinione postępowanie osoby należącej do kręgu zatrudnionych przez ten zakład.

I prawo, i obowiązek
Interesująco przedstawia się kwestia odpowiedzialności zakładu opieki zdrowotnej za szkody wynikające z nieprzygotowania fachowego lekarza do wykonywania określonych czynności w ramach świadczeń zdrowotnych.
Ustawa o zawodzie lekarza i lekarza dentysty (dalej: ustawa) nakłada na lekarza obowiązek wykonywania zawodu "zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością" (art. 4 ustawy).
Pacjent może żądać odszkodowania za szkodę majątkową i zadośćuczynienia za szkodę niemajątkową - krzywdę (np. ból)
Ponadto ustawa zobowiązuje lekarza do doskonalenia zawodowego, w szczególności w różnych formach kształcenia podyplomowego (art. 18 ust. 1). Określenie sposobu wypełniania tego obowiązku ustawa powierzyła ministrowi zdrowia, który powinien zasięgnąć opinii Naczelnej Rady Lekarskiej (jak dotąd minister nie wykonał delegacji ustawowej).
Doskonalenie zawodowe jest zarówno obowiązkiem, jak i prawem lekarza, który może żądać od zatrudniającego go zakładu umożliwienia mu uczestnictwa w szkoleniach i konferencjach.
Jeżeli zakład odmawia bezpodstawnie zgody na udział lekarza w szkoleniu zawodowym, może się narazić na zarzut pozbawienia go możliwości podniesienia swych umiejętności i zdobycia kwalifikacji, a zatem uniemożliwienia mu wypełnienia ustawowego obowiązku doskonalenia zawodowego i - co więcej - obowiązku wykonywania zawodu zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej.
Zdarza się, że przełożony odmawia prośbie podległego mu lekarza o zgodę na wyjazd w celu doskonalenia zawodowego, argumentując, że jego obecność w szpitalu jest w danym dniu niezbędna dla zapewnienia pacjentom należytej opieki. Często taka argumentacja jest uzasadniona; wówczas sprawą obu stron jest takie zaplanowanie terminów nieobecności lekarza w pracy, które pozwoli pogodzić potrzeby podnoszenia kwalifikacji zawodowych z właściwym funkcjonowaniem zakładu gwarantującym ochronę dobra pacjentów.
Jeżeli jednak kierownictwo zakładu bez uzasadnionej przyczyny uporczywie utrudnia lub uniemożliwia lekarzowi udział w niezbędnych szkoleniach, co się czasami zdarza nawet w ramach szykany, pojawia się ryzyko, że za szkodę wyrządzoną przez nieprzeszkolonego lekarza odpowie zakład. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności może się przecież zdarzyć, że pewnego dnia w ręce tegoż lekarza trafi pacjent, którego prawidłowe leczenie wymaga wiedzy i umiejętności, jakich lekarz nie posiada, a powinien posiadać i - co więcej - posiadałby, gdyby zakład nie odmówił mu bezpodstawnie zgody na udział w szkoleniu zawodowym.

Zasady etyki zawodowej
Zgodnie z art. 10 kodeksu etyki lekarskiej lekarz "nie powinien wykraczać poza swoje umiejętności zawodowe przy wykonywaniu czynności diagnostycznych, zapobiegawczych, leczniczych i orzeczniczych", a jeżeli "zakres tych czynności przewyższa umiejętności lekarza, winien się zwrócić do bardziej kompetentnego kolegi. Nie dotyczy to nagłych wypadków i ciężkich zachorowań, gdy zwłoka może zagrażać zdrowiu lub życiu chorego".
Wyrządzona przez lekarza - mimo jego najlepszych starań - szkoda przy wykonywaniu świadczeń zdrowotnych nie będzie w powyższych okolicznościach uznana za przezeń zawinioną (chyba że nie zostały zachowane powyższe wymogi wynikające z kodeksu etyki, to znaczy pacjent nie wymagał nagłej interwencji albo istniała możliwość wezwania pomocy przeszkolonego lekarza). Brak winy lekarza wyłącza zaś możliwość postawienia mu zarzutu z tytułu szkody. Wtedy zobowiązanym do naprawienia pacjentowi szkody (a w razie wynikłej z tej szkody śmierci pacjenta - do świadczeń, o których mowa w art. 446 k. c., na rzecz wskazanych tam osób) będzie zakład opieki zdrowotnej - z tytułu odpowiedzialności za własny czyn.
Niekiedy odpowiedzialność taką może ponieść także przełożony lekarza, np. ordynator oddziału szpitalnego, który bezzasadnie odmówił mu możliwości odbycia wymaganych szkoleń zawodowych.

Źródło "Rzeczpospolita" - 2010-01-04


 

 

Gigantyczna rekompensata za błąd medyczny

Od Redakcji: w cytowanej informacji PAP oprócz tragedii dziecka i rodziców widzimy, że pomimo postępu w opiece medycznej i olbrzymich możliwościach diagnostyczno-leczniczych błąd pojawia się również po stronie ludzkiej. Ten i wiele innych przypadków dobitnie świadczy o niejednokrotnie bezmyślności ludzi,  którym powierza się zdrowie i życie. Ciekawe jest również z czyich pieniędzy będzie wypłacone odszkodowanie - zapewne podatników.
PAP, JG/15:56
Ponad 1 milion zł rekompensat wraz z odsetkami zasądził Sąd Apelacyjny w Lublinie od szpitala w Puławach i PZU na rzecz 9-letniego Szymona F., który został kaleką wskutek błędu popełnionego w czasie porodu. Chłopiec będzie też otrzymywał przeszło 5,6 tys. zł miesięcznej renty. Sąd apelacyjny utrzymał w mocy wyrok lubelskiego sądu okręgowego przyznający chłopcu 600 tys. zł zadośćuczynienia oraz rentę. Sąd apelacyjny przyznał jeszcze ponad 57 tys. zł odszkodowania i uznał, że odsetki należą się już od dnia wniesienia pozwu. Wyrok jest prawomocny - poinformował rzecznik sądu Apelacyjnego w Lublinie Cezary Wójcik.

Proces w tej sprawie toczył się ponad sześciu lat. Kaleki chłopiec otrzyma więc łącznie z odsetkami przeszło 1 milion zł.

Zdaniem radcy prawnej Jolanty Budzowskiej, która reprezentowała stronę powodową w tej sprawie, ten wyrok wyznacza nowe trendy w orzecznictwie polskich sądów. - Zawinione naruszenie najcenniejszego dobra człowieka, zdrowia, rodzi wymierne finansowo konsekwencje dla sprawcy - podkreśliła Budzowska.
- Pewien niedosyt pozostawia jedynie fakt, że przy okazji tej sprawy nie doczekała się rozstrzygnięcia nieuregulowana wprost w przepisach kwestia, kto ma finalnie ponosić koszty leczenia poszkodowanych pacjentów, które do czasu wydania wyroku są pokrywane niejako tymczasowo przez licznie działające w Polsce fundacje - zauważyła Budzowska.

Matka, która w imieniu swego syna wystąpiła na drogę sądową, w pozwie obarczała szpital w Puławach odpowiedzialnością za to, że nie zrobiono jej cesarskiego cięcia, natomiast wiele godzin lekarze wymuszali poród w sposób naturalny, co spowodowało kalectwo jej synka.
Kobieta, która miała wyznaczony termin porodu na 5 marca 2000 r., następnego dnia zgłosiła się do szpitala. Została przyjęta na oddział, poddana badaniom i zwolniona do domu, ponieważ skurcze porodowe ustały.
Ponownie zgłosiła się kilka dni później i lekarze podjęli decyzję o wywołaniu porodu. Po południu podano jej leki. Poród jednak nie następował. Dopiero następnego dnia rano dziecko zostało wypchnięte siłą. Urodziło się bez oznak życia, nie oddychało, jego serce nie biło. Akcja reanimacyjna uratowała mu życie, jednak pozostało kaleką.
9-letni obecnie chłopiec tylko leży, nie może chodzić ani siedzieć, źle widzi, nie mówi. Ma padaczkę. Je tylko zmiksowane pokarmy, dławi się piciem. Wymaga opieki i rehabilitacji.
Sąd po przeprowadzeniu licznych ekspertyz lekarskich uznał, że szpital i jego ubezpieczyciel - PZU - odpowiadają za skutki tak przeprowadzonego porodu.

 

Wymuszenia w białych rękawiczkach.

OD REDAKCJI: poniżej tekst cytowany za Gońcem Medycznym. Od pewnego czasu obserwujemy nasilenie praktycznie wymuszeń przechodzenia na kontrakty naszych kolegów, szczególnie specjalistów. Poza aspektami opisanymi w tekście dodajmy przede wszystkim brak odliczeń od podatku i  korzystania z niektórych ulg, a co najgroźniejsze możliwość bezzasadnego rozwiązania umowy o pracę z lekarzem, który np. nie pasuje dyrektorowi i ordynatorowi do ich "wizji" medycyny. Z drugiej strony jeszcze dużo czasu chyba upłynie zanim zaczniemy sami siebie szanować i nauczymy się solidarności w walce z grupą dyrektorsko-ordynatorską traktujacą kliniki i szpitale jak prywatne folwarki. Dziwi również bezradnośc NFZ, kiedy (szczególnie w niszowych specjalizacjach) łatwo obliczyć, że wymagany przez KP i zapisy unijne czas odpoczynku praktycznie nie istnieje - lekarz kontraktowy po zakonczeniu pracy w jednej placówce pędzi na dyżur do innego pracodawcy (kontrolerom z NFZ polecamy proste działania matematyczne tzn. mnożenie i dzielenie).
Z kraju; 05-10-2009 ["Dziennik Gazeta Prawna"]
Aby obejść przepisy o czasie pracy szpitale zatrudniają lekarzy na kontraktach

Brak specjalistów i pieniędzy w szpitalach powoduje, że nie są przestrzegane przepisy o czasie pracy. W szpitalach pracuje coraz więcej lekarzy na kontraktach, którzy nie są zatrudnieni na etatach. Lekarze kontraktowi są pozbawieni praw pracowniczych wynikających z kodeksu pracy.
Przepisy o czasie pracy lekarzy wymagają doprecyzowania. Domagają się tego zarówno lekarze, jak i Państwowa Inspekcja Pracy (PIP). Po prawie dwóch latach obowiązywania znowelizowanej ustawy o zakładach opieki zdrowotnej (ZOZ), która dostosowuje czas pracy lekarzy do norm unijnych, dokładnie widać jej mankamenty.
Lekarze wcale nie pracują krócej, a bezpieczeństwo pacjentów nie uległo poprawie. Dodatkowo, ze względu na braki kadrowe występujące w większości szpitali, zwiększa się liczba tzw. lekarzy kontraktowych, czyli takich, którzy świadczą usługi w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Co prawda zarabiają więcej, ale są pozbawieni ochrony i praw wynikających z kodeksu pracy.
- Dostosowanie czasu pracy lekarzy do wymogów unijnych miało chronić interesy lekarzy i pacjentów. Tak się nie stało. Przybywa lekarzy kontraktowych, a to jest całkowicie sprzeczne z trendami europejskimi. W większości krajów UE przeważają lekarze etatowi - podkreśla Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Rady lekarskiej (NRL).

Więcej kontraktów
- Zwiększenie liczby lekarzy kontraktowych było jedynym sposobem na zapewnienie funkcjonowania szpitala przez 24 godziny tak, aby nie łamać unijnych przepisów o ich czasie pracy. Na wszystkich oddziałach, oprócz ginekologiczno-położniczego, pracują wyłącznie kontraktowcy - mówi Cecylia Domżała, dyrektor Szpitala Powiatowego w Wyszkowie.

W podobnej sytuacji są inne placówki ochrony zdrowia. W szpitalu klinicznym nr 2 w Bydgoszczy lekarzy kontraktowych jest aż 280, natomiast zatrudnionych na etacie jedynie 65.
To, że zatrudnienie lekarzy na kontraktach stało się atrakcyjniejsze dla szpitali, wynika z tego, że w ich przypadku nie obowiązują zaostrzone normy czasu pracy. Zgodnie z prawem unijnym od stycznia 2008 r. lekarze etatowi nie mogą pracować dłużej niż 48 godzin tygodniowo (włącznie z dyżurami). Ten czas może być wydłużony, pod warunkiem że lekarz wyrazi na to zgodę i podpisze tzw. klauzulę opt-out.
- Z unijnej dyrektywy wynika, że czas pracy lekarza nie powinien być dłuższy niż 65 godzin tygodniowo. Są jednak i takie interpretacje, że może on wynosić nawet 78 godzin tygodniowo - mówi Czesław Miś, pełnomocnik ds. czasu pracy lekarzy z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL).

Lekarze bez ochrony
W przypadku lekarzy zatrudnionych na podstawie kontraktów ograniczenia dotyczące maksymalnego czasu pracy w ogóle nie obowiązują. Może on przepracować swój dobowy wymiar czasu pracy, czyli 7 godzin 35 minut, a następnie świadczyć dyżur medyczny nawet przez 24 godziny. A po jego zakończeniu ponownie rozpocząć pracę. Teoretycznie nie musi być mu udzielony nawet 11-godzinny odpoczynek (prawo do niego mają lekarze etatowi).
- Niestety, sytuacja finansowa zmusiła szpitale do wykorzystywania kontraktów jako sposobu na oszczędności - mówi Teresa Cabała, nadinspektor pracy z PIP, ekspert ds. służby zdrowia.
Dodaje, że PiP na podstawie obowiązujących przepisów może niewiele zrobić, gdy obie strony (lekarz i ZOZ) godzą się na zawarcie kontraktu i warunki świadczenia usług w nim zawarte (jeżeli nie łączy ich także umowa o pracę). W opinii OZZL kontrakty to prosta droga do obejścia przepisów o czasie pracy i odpoczynku.
- Według PIP radiolog może pracować 25 godzin w tygodniu i nie może pełnić dyżurów. Powszechną jednak praktyką jest zatrudnienie ich na dyżurach kontraktowych lub przez podmiot zewnętrzny w tym samym szpitalu, gdzie radiolog już pracuje na etacie. W efekcie pracuje bez przerwy 29 godzin - dodaje Czesław Miś.
Zatrudniając lekarza na kontrakcie, szpital nie tylko ma pracownika, którego nie ograniczają czasowe normy pracy, ale również zyskuje na tym finansowo.
- Z punktu widzenia dyrektora szpitala im więcej lekarzy na kontrakcie, tym lepiej. Nie trzeba myśleć o udzielaniu urlopów, należnych im świadczeniach socjalnych, rozliczeniach z ZUS czy urzędem skarbowym - mówi Piotr Karniej, członek zarządu Specjalistycznego Centrum Medycznego Hipokretes w Kępnie.
Dodaje jednak, że ma to też swoje minusy. Lekarz zewnętrzny jest słabiej związany z konkretną placówką. A wtedy trudniej przekonać go do aktywnego włączenia się w proces leczenia pacjentów, ale także do racjonalnego wydatkowania pieniędzy, jakimi dysponuje szpital.

Nieprecyzyjne przepisy
Zdaniem PIP kontrowersje wokół regulacji dotyczących czasu pracy lekarzy to przede wszystkim wynik nieprecyzyjnych przepisów nowelizacji ustawy o ZOZ.
- Zgodnie z art. 35 ust. 1 ustawy o ZOZ szpitale mają prawo zawierać kontrakty z lekarzami. Ale jednocześnie z art. 1 ust. 5 tej samej ustawy wynika, że lekarze nie mogą prowadzić indywidualnej praktyki lekarskiej na terenie szpitala publicznego. Tę sprzeczność trzeba wyeliminować - mówi Teresa Cabała.

Również eksperci nie mają wątpliwości co do konieczności zmiany przepisów.
- Liczne procesy w sądach pracy oraz wyniki kontroli inspekcji pracy potwierdzają potrzebę zmiany przepisów - uważa również Jerzy Gryglewicz, ekspert Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Łazarskiego w Warszawie.

Nieprecyzyjne przepisy powodują, że np. regulacje dotyczące maksymalnego czasu pracy, prawa do nieprzerwanego odpoczynku czy długości dyżuru medycznego są interpretowane w zależności od potrzeb.
- Przepisy powinny określać dopuszczalną długość dyżuru medycznego lekarzy zatrudnionych na niepełny etat. W praktyce zdarza się, że lekarze obniżają wymiar swojego etatu i świadczą dłuższe dyżury medyczne, bo otrzymują za nie płace jak za godziny nadliczbowe - dodaje Teresa Cabała.
Ponadto w ustawie nie zdefiniowano pojęcia pracownik obsługi, co powoduje, zwłaszcza w niepublicznych placówkach medycznych, że salowe, pracownicy administracji czy pomoce laboratoryjne pracują 8 godzin dziennie, zamiast 7 godzin i 35 minut.

Czas pracy lekarzy

Ile może pracować tygodniowo specjalista zatrudniony na etacie u jednego pracodawcy:
* 37 godzin i 55 minut,
* 48 godzin wraz z dyżurami,
* 56-78 godzine, jeśli podpisze tzw. klauzulę opt-out (w zależności od interpretacji unijnych przepisów).

Jakie przepisy w ustawie o ZOZ należy doprecyzować:
* o maksymalnym czasie pracy,
* o prawie do nieprzerwanego odpoczynku,
* o długości dyżuru medycznego.
* o możliwości pracy na kontrakcie.

9,5  tys. zł zarabia średnio specjalista pracujący na podstawie kontraktu.
7,2  tys. zł średnio zarabia lekarz specjalista zatrudniony na etacie. ("Dziennik Gazeta Prawna")


 

Akredytacje na wesoło (?)

Od 3 do 45 tys. zł za akredytację

inf. wł. cytowana za "MEDYCYNA PRATYCZNA"
30.09.2009

Od dziś obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia z 31 sierpnia 2009 r. w sprawie procedury oceniającej spełnianie przez podmiot udzielający świadczeń zdrowotnych standardów akredytacyjnych oraz wysokości opłat za jej przeprowadzenie (DzU. nr 150, poz. 1216).

Określa ono poszczególne etapy procedury oceniającej prowadzonej przez wizytatorów ośrodka akredytacyjnego, szczegółowy sposób dokonywania oceny punktowej spełnienia standardów akredytacyjnych, wzór certyfikatu akredytacyjnego oraz wysokości opłat za przeprowadzenie procedury oceniającej, jaką wnosi podmiot udzielający świadczeń zdrowotnych, składając wniosek o wydanie certyfikatu.

OD REDAKCJI: z autopsji znamy szpitale obwieszone takimi akredytacjami, a nawet ISO 200... , no ale co z tego skoro w SOR jednego z dużych warszawskich szpitali np. chory nieprzytomny po urazie czaszkowo-mózgowym czeka na CT 4 godziny, a na wynik badania i wezwanie konsultanta następne 3 godziny - efekt takiego "standardu" wiadomy lub chora po przedawkowaniu Acenokumarolu wegetująca 3 dni w SOR z wiadomym skutkiem to spełnienie ISO?


 

Polscy chirurdzy masowo wyjeżdżają za granicę!

2009-09-18 Dziennik.pl

Już nie tylko pielęgniarek, ale chirurgów brakuje w polskich szpitalach. Za kilka lat nie będzie miał kto nas operować - alarmuje Naczelna Izba Lekarska. Chirurdzy wolą bowiem lepiej płatną pracę za granicą.

Problem jest bardzo duży - na tysiąc lekarzy specjalizujących się w chirurgii do pracy za granicę wyjechała już połowa z nich.

"Jeśli nic się nie poprawi to za kilka, kilkanaście lat możemy mieć duży problem" - mówi radiu RMF FM Tomasz Korkosz z Naczelnej Izby Lekarskiej. Duże miasta jeszcze jakoś sobie radzą, choć i tam pojawiają się problemy z zabiegami planowymi. Najgorzej jest w małych ośrodkach np. na Suwalszczyźnie.

Jak temu zaradzić? Tej odpowiedzi szukają lekarze na trwającym właśnie we Wrocławiu kongresie. Do tej pory wypracowana recepta jest niestety trudna do zrealizowania. Zdaniem lekarzy potrzebne jest tańsze i lepsze szkolenie młodych lekarzy oraz dużo wyższe płace.
OD REDAKCJI: Absolutną nieprawdą jest twierdzenie MZ, że powstrzymano falę wyjazdów lekarzy, specjalistów i kolegów w trakcie specjalizacji za granicę. Oczywisty dowód to masa ogłoszeń publikowanych chociażby na stronie NIL. Biorą już wszystkich. Często takie sprawy jak nieco kłopotliwa rejestracja w GMC pracodawcy biorą na siebie czy znajomość innego języka niż angielski nie jest już prawie żadną przeszkodą. Jak sie okazuje od stycznaia 2009 nie ma możliwości zatrudniania lekarzy z krajów wcześniej stowarzyszonych z UK. Luka robi się coraz większa.
 

PORADY PRAWNE DLA LEKARZY ON-LINE

Portal Termedia przesłał informację o następującej treści:
Masz problem z zakresu prawa? Potrzebujesz porady prawnika?
Na portalu „Przypadki Kliniczne” uruchomiliśmy nowy serwis, w którym od 27 sierpnia br. gości prawnik. Pytania do niego można wysyłać za pomocą specjalnego formularza.
Odpowiedzi będą publikowane na forum dostępnym dla wszystkich użytkowników portalu. Informacja prawna on-line będzie wyglądać jak popularna na wielu stronach internetowych rubryka FAQ (najczęściej zadawane pytania).

„Przypadki Kliniczne” to społecznościowy portal i forum tylko dla lekarzy (wstęp po podaniu numeru PWZ). Portal umożliwia użytkownikom konsultowanie przypadków i wymianę opinii z innymi lekarzami.

www.przypadkikliniczne.termedia.pl

Korzystanie z porad wymaga zalogowania lub utworzenia wcześniej własnego konta.



 

Nowy wyrok Sądu Najwyższego w sprawie "nadgodzin"

Zadośćuczynienie za pracę ponad limit nie tylko w razie utraty zdrowia

Medycyna praktyczna   2009.08.28 10:51

Skoro polski ustawodawca wprowadził do krajowego porządku prawnego bezwzględne nakazy udzielania pracownikom minimalnych okresów dobowego i tygodniowego odpoczynku, to nie mógł ustanowić pozytywnych przepisów, które sankcjonowałyby naruszenie tych nakazów, wedle wykładni, z której wynikałoby, że niezapewnienie pracownikowi gwarantowanych norm dobowego lub tygodniowego odpoczynku w przyjętym okresie rozliczeniowym jest zagrożone obowiązkiem wypłaty adekwatnego wynagrodzenia lub odszkodowania - stwierdził Sąd Najwyższy w wyroku z 24 czerwca (sygn. akt II PK 287/08).

To kolejny już wyrok najwyższej instancji w Polsce w sprawie o tzw. misiowe, potwierdzający iż lekarze mogą dochodzić od szpitali zadośćuczynienia za nieudzielenie czasu wolnego po dyżurach, ale jedynie na drodze cywilnej. "Samo nieudzielenie czasu wolnego nie stanowi szkody, niemniej jednak dopuszczalne byłoby roszczenie o odszkodowanie w razie wykazania przez pracownika szkody polegającej na utracie korzyści majątkowych w związku z nieudzieleniem czasu wolnego względnie w razie spowodowania przez to rozstroju zdrowia" - głosi uzasadnienie wyroku.

Jednak - jak zauważa SN - lekarze niekoniecznie muszą udowadniać, że doznali uszczerbku na zdrowiu w wyniku pracy ponad limit. "Poszukując innych środków prawnych, na gruncie obowiązującego prawa należałoby rozważyć zastosowalność środków przewidzianych w razie naruszenia przez pracodawcę dóbr osobistych pracownika, w tym pracowniczego prawa do zdrowia, które ma charakter prawa podmiotowego bezwzględnego, co oznacza, że uprawniony może żądać od każdego podmiotu nienaruszania tej sfery jego dóbr osobistych. Taka ochrona przewidziana art. 24 k.c. przysługuje nie tylko w razie dokonanego naruszenia, ale również w razie zagrożenia naruszenia dobra osobistego cudzym działaniem" - zwraca uwagę SN.

W rozważanej sprawie trzy lekarki Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie domagały się czasu wolnego od pracy w wymiarze odpowiednio: 671 godzin i 72 minuty, 3 563 godziny i 52 minuty oraz 692 godziny i 8 minut. Powódki po zakończonym o godzinie 8.00 rano dyżurze lekarskim oddziałowym były zwalniane przez ordynatora o godzinie 9.00, z zachowaniem prawa do wynagrodzenia. W ten sposób udzielany był im częściowo okres odpoczynku. Świadczyły natomiast pracę na oddziale po zakończonym dyżurze "karetkowym". Dyżur ten był w istocie dyżurem "pod telefonem" na wezwanie, jednakże żadna ze stron nie podnosiła tej okoliczności w zakresie rozliczenia czasu pracy, tym bardziej że wynagradzany był on jak dyżur stacjonarny. Czas pełnienia dyżuru medycznego nie był wliczany do czasu pracy.

Zarówno Sąd Rejonowy, jak i Okręgowy uznały, że po wstąpienia Polski do Unii Europejskiej (tj. po 1 maja 2004 r.) do oceny roszczeń o udzielenie czasu wolnego mają zastosowanie postanowienia dyrektywy Rady Nr 93/104/WE z 23 listopada 1993 r. (Dz.U.UE. L Nr 307, poz. 18, Dz.U.UE-sp z 2005 r. Nr 2, poz. 197) dotyczącej niektórych aspektów organizacji czasu pracy oraz dyrektywy Parlamentu i Rady Nr 2003/88/WE z 4 listopada 2003 r. dotyczącej niektórych aspektów organizacji czasu pracy (Dz.U.UE. L Nr 299, poz. 9, Dz.U.UE -sp z 2005 r. Nr 4, poz. 381), a nie przepisy dotyczące czasu wolnego lekarzy obowiązujące od 1 stycznia 2008 r. na mocy ustawy z 24 sierpnia 2007 r. o zmianie ustawy o zakładach opieki zdrowotnej oraz ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. Nr 176, poz. 1240), która w ogóle nie regulowała kwestii okresów odpoczynku.

Przepisy tych dyrektyw stanowią, że każdy okres, podczas którego pracownik pracuje, jest do dyspozycji pracodawcy, wykonuje swoje działania lub spełnia swoje obowiązki zgodnie z przepisami krajowymi lub praktyką krajową, jest czasem pracy. Natomiast przekroczenie określonej dyrektywami maksymalnej tygodniowej normy godzin pracy (48 godzin) może być rekompensowane wyłącznie w naturze, przez zwolnienie pracownika z powinności wykonywania obowiązków pracowniczych w ściśle określonym wymiarze czasu pracy, nawet jeśli ten ekwiwalentny okres odpoczynku miałby przypadać na czas objęty ustalonym dla niego rozkładem czasu pracy w ramach wiążących go w innym okresie rozliczeniowym podstawowych norm czasu pracy.

Sąd stwierdził, że - co do zasady - przewidziana w ustawie o ZOZ tygodniowa norma czasu pracy (40 godzin) nie pozostaje w kolizji z regulacjami dyrektyw, jednak przepisy tej ustawy nie wliczają dyżuru medycznego do czasu pracy i w tym zakresie mogą powodować skutki uniemożliwiające realizację bezpośrednio skutecznych przepisów dyrektyw, z których wynika obowiązek zapewnienia pracownikom odpowiedniego odpoczynku (przerw w pracy).

W skardze kasacyjnej pełnomocnik szpitala zarzucił naruszenie przepisów prawa, przez ich błędną wykładnię polegającą na oderwaniu ich od celu (zamierzonego rezultatu), dla jakiego zostały ustanowione, tj. bezpieczeństwa i ochrony zdrowia w odniesieniu do organizacji czasu pracy, który to cel został wyrażony w preambułach do tych dyrektyw.

Zgodnie z uchwałą SN z 13 marca 2008 r. (sygn. akt I PZP 11/07), dyrektywa 2003/88/WE ma charakter prewencyjny, a czas wolny udzielony po okresach pracy, aby mógł spełnić swą funkcję, musi być powiązany z wypoczynkiem dobowym. Tym samym wyłączona jest możliwość "zasądzania" czasu wolnego za całe nieprzedawnione okresy przeszłe i to oddalone o miesiące i lata od daty orzekania. Skoro bowiem powołana dyrektywa ma zapewnić pracownikom ochronę takich wartości jak bezpieczeństwo i zdrowie, to żadne racje odnośnie do urzeczywistnienia celu dyrektywy nie przemawiają za tym, aby uwzględnić żądanie udzielenia pracownikowi czasu wolnego za kilka lat wstecz.

SN także w motywach uchwały składu 7 sędziów SN z 3 czerwca 2008 r. (I PZP 10/07) wyraźnie wypowiedział się przeciwko możliwości nakazywania przez sądy pracodawcom medycznym udzielania wielu dni, a nawet - jak w rozpoznawanej sprawie - lat czasu wolnego od pracy zamiast nieudzielonych okresów odpoczynku.

Zdaniem SN, co do zasady okresy odpoczynku muszą zatem przypadać bezpośrednio po okresach pracy, których wyrównaniu one służą, dla zapobieżenia przemęczeniu i przeciążeniu pracownika w następstwie kumulacji następujących po sobie okresów pracy. Takie stanowisko podważa interpretację dopuszczającą kumulowanie wszystkich niewykorzystanych przez pracownika okresów odpoczynku i przyznanie po dłuższym (długim) okresie pracy skumulowanego czasu wolnego, stanowiącego sumę wszystkich niewykorzystanych okresów odpoczynku.

Co więcej, jak podkreśla SN, brak jest podstaw prawnych do wypłacania wynagrodzenia za "skompensowane okresy" czasu wolnego, jeżeli zważyć, że czas nieprzerwanego odpoczynku nie jest czasem pracy, a w konsekwencji także "skompensowany" czas wolny nie może zostać uznany za czas pracy. Skoro wynagrodzenie przysługuje za wykonaną pracę, a za czas niewykonywania pracy pracownik zachowuje prawo do wynagrodzenia tylko wówczas, gdy przepisy prawa tak stanowią, to dla wypłaty wynagrodzenia za skumulowany czas nieprzerwanego odpoczynku dobowego i tygodniowego brakuje wyraźnej podstawy prawnej.

Oznacza to, że przyznane powódkom przez Sądy I i II instancji skumulowane okresy czasu wolnego od pracy jako rekompensaty za nieudzielone okresy nieprzerwanego odpoczynku nie mogłyby być potraktowane jako okresy płatne, a równocześnie nie ma także prawnego ani racjonalnego uzasadnienia do uznania ich jako wielodniowych lub wieloletnich okresów bezpłatnego pozostawania w niejako zawieszonym stosunku pracy.

"Wszystko to sprawia, że nakazanie udzielenia powódkom skumulowanych ilości czasu wolnego do pracy jako sumy niewykorzystanych okresów dobowego lub tygodniowego odpoczynku, które powinny być wykorzystanie w naturze w każdej dobie lub okresie rozliczeniowym dla zrealizowania celu podstawowego wynikającego z prawa wspólnotowego, jakim jest zagwarantowanie skutecznej ochrony zdrowia pracowników, jest oczywiście niezgodne z celami dyrektyw prawa wspólnotowego w sprawie niektórych aspektów organizacji czasu pracy" - uznał SN.

SN wskazał, iż w Kodeksie pracy ustawodawca uregulował wprost tylko jeden skutek naruszenia przepisów o czasie nieprzerwanego odpoczynku - możliwość ukarania pracodawcy lub podmiotu działającego w jego imieniu karą grzywny. Naruszenie podstawowego obowiązku pracodawcy wobec pracowników, jakim jest ochrona ich zdrowia i życia może ponadto uzasadniać rozwiązanie przez pracownika umowy o pracę bez wypowiedzenia. Wreszcie pracownik może skorzystać z prawa odmowy wykonania polecenia pracodawcy sprzecznego z prawem świadczenia pracy w przysługujących pracownikowi okresach nieprzerwanego odpoczynku.

Od Redakcji: w/w zapisy prawa są teoretycznie korzystne dla pracownika zakładu opieki zdrowotnej, ale pracodawcy jak zwykle znajdują stosowne (czytaj korzystne dla siebie) rozwiązanie na przykład zmuszając pracownika do przejścia na kontrakt, ze wszystkimi negatywami takiego rozwiązania. Zupełnie kuriozalne są natomiast przypadki zwalniania pracownika z powodu notorycznego zgadzania się na wymuszone przez pracodawcę łamanie art. 32 KP. Wszelkie próby egzekwowania zapisów KP kończą sie tradycyjnym "jak się Panu nie podoba to do widzenia". Ostatnio PIP Warszawa kontrolowała przypadek w jednym z dużych szpitali, gdzie przy 75 razie naruszenia w/w art KP pracownikowi (lekarzowi - sic!) próbowano wręczyć dyscyplinarne zwolnienie z pracy za "zgodę" ma notoryczne łamanie prawa pracy. Co dziwne PIP nie ukarała mandatem pracodawcy stwierdzając że współpracował z kontrolerami!!


 

Szpitalom grozi lawina pozwów lekarzy

Z kraju; 2009-08-20 ["Gazeta Prawna"]

Lekarze nie muszą udowadniać, że doznali uszczerbku na zdrowiu, domagając się zadośćuczynienia za pracę ponad limit. Dyrektorzy szpitali obawiają się, że ostatni wyrok Sądu Najwyższego spowoduje wzrost liczby pozwów cywilnych lekarzy. Nie chcąc łamać przepisów o czasie pracy, dyrektorzy szpitali namawiają specjalistów do przechodzenia na kontrakty.

Domaganie się przez lekarzy skumulowanego czasu wolnego za pracę ponad unijne limity nie jest dobrym rozwiązaniem. Tak orzekł Sąd Najwyższy. Właściwą drogą dochodzenia przez nich roszczeń jest domaganie się od szpitali zadośćuczynienia finansowego.

Ich dyrektorzy obawiają się, że może to spowodować lawinę pozwów cywilnych. Dochodzenie roszczeń przez lekarzy może być łatwiejsze, bo jak wynika z orzeczenia sądu, mogą oni uzasadnić swój pozew jedynie zagrożeniem utraty zdrowia w wyniku pracy ponad limit bez prawa do odpoczynku, a nie faktycznie poniesionym uszczerbkiem. W ostatnich latach do sądów trafiło nawet 20 tys. pozwów lekarzy, którzy domagali się rekompensat za pracę ponad unijne limity. Gdyby w przypadku ich wszystkich sądy zasądziły odszkodowanie we wnioskowanych wysokościach, to mogłoby to kosztować szpitale nawet 3 mld zł.

Bez dodatkowego wolnego

Z wyroku Sądu Najwyższego z 24 czerwca tego roku (sygn. akt II PK 287/08) wynika, że domaganie się zadośćuczynienia przez lekarzy to jedyny sposób na uzyskanie pieniędzy od szpitali za brak wolnego po dyżurach. Sąd uznał bowiem, że szpital nie może udzielić lekarzom skumulowanego czasu wolnego od pracy za brak należnego wcześniej odpoczynku. Jego zdaniem, takie działanie jest sprzeczne z prewencyjnym charakterem przepisów unijnej dyrektywy, która reguluje czas pracy, a także odpoczynku lekarzy. Nie ma również, jak podkreśla SN, podstawy prawnej do wypłacania lekarzom rekompensaty za niewykorzystany czas wolny. W przypadku nieprzestrzegania przez szpital norm czasu pracy, lekarze mają bowiem prawo do rozwiązania z nim umowy bez wypowiedzenia lub po prostu odmówić wykonywania pracy bez prawa do odpoczynku.

- To orzeczenie potwierdza po raz kolejny, że dyrektywy UE w sprawie czasu pracy lekarzy mają bezpośrednie zastosowanie, ponieważ Polska jako państwo należące do UE nie wdrożyło w pełni w odpowiednim czasie przepisów o czasie pracy do prawa krajowego - podkreśla Wojciech Kozłowski, radca prawy w Kancelarii Salans.

Dodaje, że takie zaniechanie ze strony państwa spowodowało, iż krajowe przepisy prawa były nieskuteczne, bo nie zapewniały lekarzom udzielenia czasy wolnego od pracy w odpowiednim momencie, czyli np. po zakończonym dyżurze.

7 tys. zł zadośćuczynienia

Od 2007 roku toczy się proces, w którym lekarka z województwa pomorskiego domaga się zadośćuczynienia od szpitala za to, że po wejściu Polski do UE, ale jeszcze przed implementacją unijnych przepisów o czasie pracy, przepracowała 300 tzw. dniówek bezpośrednio po dyżurach bez odpoczynku. Lekarka domagała się 17 tys. zł zadośćuczynienia, sąd pracy przyznał jej 7 tys. zł. Sprawa nie została jeszcze zakończona, bo szpital odwołał się od wyroku i złożył skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.

Również w przypadku innych lekarzy, którym została przyznana gratyfikacja finansowa za prace w nadgodzinach bez odpoczynku, sąd zazwyczaj przyznaje kwoty niższe od tych, których się domagali.

- Dochodzenie zadośćuczynienia stwarza mniejsze szanse uzyskania naprawdę wysokich kwot, ale z drugiej strony jest łatwiejsze dowodowo - uważa Wojciech Kozłowski.

Zdaniem SN naruszanie prawa do odpoczynku po dyżurze lekarza jest wystarczającą przesłanką do zasądzenia zadośćuczynienia, przy czym nie musi powstać szkoda na zdrowiu, a jedynie zagrożenie jej wystąpienia.

- Lekarze nie będą musieli udowadniać w sądzie, że ponieśli szkodę. Prawo do ochrony zdrowia ma charakter powszechny oraz bezwzględny i podlega szczególnej ochronie - mówi Czesław Miś, lekarz, który jako pierwszy w kraju domagał się rekompensaty za prace ponad unijny wymiar.

Szpitale będą płacić

- W wyniku orzeczenia SN można spodziewać się zwiększenia liczby roszczeń lekarzy wobec szpitali. To oczywiście wiąże się z określonymi skutkami finansowymi - mówi Przemysław Paciorek, dyrektor ds. lecznictwa w Szpitalu Uniwersyteckim im. Antoniego Jurasza w Bydgoszczy.

Podobnego zdania są również inni przedstawiciele szpitali.

- Pozwów przeciw szpitalom na pewno nie będzie mniej, choćby dlatego, że mimo obowiązywania unijnych przepisów o czasie pracy lekarzy, zdarzają się przypadki, że pracują oni ponad określone normy albo nie korzystają z należnego im odpoczynku - dodaje Jerzy Sokołowski, dyrektor Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Otwocku.

To wynika przede wszystkich z braku odpowiedniej liczby specjalistów. Od przystąpienia Polski do UE z kraju zdążyło wyjechać kilka tysięcy lekarzy do pracy za granicą. Oprócz tego polscy specjaliści starzeją się. Tylko z danych warszawskiej izby lekarskiej wynika, że zaledwie 10 proc. lekarzy z Mazowsza ma poniżej 31 lat. Niemal tyle samo jest specjalistów, którzy przekroczyli 70 rok życia. Szpitale mają coraz większy problem ze znalezieniem odpowiedniej liczby anestezjologów, kardiologów, internistów czy pediatrów.

- Mamy bardzo trudną sytuacje np. na oddziale radiologii czy neurologii. Nie chcąc jednak łamać przepisów prawa pracy, proponujemy lekarzom albo przejście na tzw. kontrakty, albo wyrażają oni zgodę na pracę w wydłużonym wymiarze czasu - mówi Andrzej Motuk, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 w Bydgoszczy.

30 tys. lekarzy pełni dyżury w placówkach ochrony zdrowia. ("Gazeta Prawna")


 
  • «
  •  Start 
  •  Prev 
  •  1 
  •  2 
  •  Next 
  •  End 
  • »


Page 1 of 2